CZY MAMY OBOWIĄZEK BRAĆ UDZIAŁ W WYBORACH DEMOKRATYCZNYCH? (cz. 3)

ARGUMENT UNIWERSALIZACJI

„Nie idziesz na wybory? A co, jeśli inni też nie pójdą?” – ten znany zdroworozsądkowy argument za obowiązkiem udziału w wyborach odwołuje się do idei uniwersalizacji.

Chyba najbardziej znaną teorią filozoficzną, która opiera się na idei uniwersalizacji jest koncepcja Immanuela Kanta. Zgodnie z kantowskim imperatywem należy postępować wedle takich reguł, co do których chcielibyśmy, aby stały się prawem powszechnym (by były stosowane przez każdego). Imperatyw Kanta dość dobrze sprawdza się jako uzasadnienie wielu powszechnie podzielanych przekonań moralnych. Na przykład, kiedy zastanawiam się, czy wolno mi w danej sytuacji skłamać, powinienem odpowiedzieć sobie, czy chciałbym, by innym osobom – które znajdą się w podobnym położeniu– wolno było kłamać. Jeśli nie jestem skłonny, by dać im takie prawo, to nie powinienem przyznawać go też sobie. Byłby to bowiem przejaw stawiania siebie ponad prawem.

Jeśli zastosujemy tę wersję idei uniwersalizacji do przypadku wyborów, to uzyskamy taki argument:

  1. Powinienem postępować w taki sposób, w jaki chciałbym, by postępowali inni.
  2. Chciałbym by inni brali udział w wyborach.
  3. Powinienem brać udział w wyborach.

To rozumowanie wydaje się na pierwszy rzut oka przekonujące, jednak można względem niego wysunąć zarzut. Nie jest bowiem jasne, dlaczego ktoś miałby chcieć, aby wszyscy obywatele głosowali w wyborach. Czy stanie się coś złego, jeśli frekwencja nie wyniesie 100 procent? Oczywiście, że nie. Ba, można nawet twierdzić, że stan, w którym wszyscy obywatele biorą udział w wyborach nie jest pożądany, ponieważ oznacza, że swój głos oddaje wiele osób, które nie są zainteresowane sprawami politycznymi, nie mają wyrobionych poglądów i nie dokonują odpowiedniego namysłu. W tym kontekście istotne jest zatem, by frekwencja była dostatecznie wysoka (m.in. by zapewniała odpowiednią legitymację władzy). Mamy zatem dobry powód by chcieć, aby głosujących było dostatecznie dużo, ale niekoniecznie by głosowali oni wszyscy.

Jeżeli jednak tak jest, to nie ma sprzeczności między oczekiwaniem, że inni będą brali udział w wyborach, a tym, że ja sam nie będę głosował. Skoro nie ma takiej potrzeby, by wymagać głosowania od każdego, to ja – nie głosując – wcale nie stawiam siebie ponad prawem.

Może spróbuję zilustrować ten zarzut innym przykładem. To, że chciałbym, aby inni pracowali jako lekarze nie prowadzi do konkluzji, że ja sam powinienem pracować jako lekarz. Absurdem byłoby oczekiwać, by wszyscy pracowali jako lekarze – chodzi raczej o to, by dostatecznie wiele osób wykonywało ten zawód. Być może zatem przypadek z wyborami jest bardziej podobny do przykładu z lekarzem niż przykładu z kłamstwem.

Z powołanym zarzutem do argumentu uniwersalizacji można jednak polemizować. Jedną z dostępnych opcji jest modyfikacja strategii i stwierdzenie, że z sytuacją, w której niektórzy głosuje i działają na rzecz odpowiedniej frekwencji, a ja sobie wtedy „robię wolne”, wiąże się nieco inny problem. Moje zachowanie w takich okolicznościach jest nieuczciwe względem tych osób, które podejmują wysiłek w interesie wszystkich. Jestem zatem kimś w rodzaju „gapowicza”. Tym argumentem zajmę się w następnym wpisie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: